zmiany.eu

Droga do pracy przez park

Zamiast iść prosto na przystanek, weszłam w park. Wychodzi dłużej o jedno światło i jedną kałużę.

Ścieżka między drzewami.
Ścieżka między drzewami.

Do przystanku mam osiem minut chodnikiem wzdłuż ulicy. Od wtorku wchodzę w park bramką przy piekarni i wychodzę drugą, już za skrzyżowaniem. Na zegarku to jest minuta albo trzy, zależy od kałuży pod mostkiem, której we wrześniu nikt nie osusza.

Nie liczyłam kroków. Liczy się kolejność: najpierw drzewa, potem jezdnia, a nie odwrotnie.

Co jest inne na tej trasie

Na chodniku słyszę autobus, zanim go zobaczę, i przyspieszam nawet wtedy, gdy to nie mój numer. W parku autobusu nie słychać. Przez to dwa razy wyszłam za późno na drugą bramkę i patrzyłam, jak mój odjeżdża. Trzeciego dnia wyszłam z domu wcześniej o te same kilka minut, które potem i tak stoję na światłach. Remis, tylko nerwy inne.

Ławka przy mostku jest zwykle zajęta przez tę samą osobę z psem. Nie znam imienia. Kiwamy się, odkąd zaczęłam tędy chodzić, czyli od tygodnia, i to kiwanie jest jedyną nową rzeczą, której nie było na prostej ulicy.

Kiedy wracam na chodnik

Jak pada naprawdę, nie "kropi", park zamienia się w błoto przy drugiej bramce i wtedy idę starą drogą. Buty są ważniejsze niż ambicja, żeby trasa była ładniejsza. Nie opowiadam sobie, że park jest zdrowszy. Jest ciszej do momentu, w którym trzeba zdążyć na autobus, i w tym momencie jest tak samo głośno jak wszędzie.

Kałuża pod mostkiem

We czwartek kałuża sięgała do połowy podeszwy, jeśli iść środkiem. Ominęłam ją po korzeniu i wyszłam na bramkę z błotem tylko przy czubku. W piątek korzeń był śliski, więc wróciłam na chodnik i zdążyłam na wcześniejszy autobus, którego zwykle nie łapię. Park nie jest więc stałą trasą. Jest trasą na dni, kiedy da się przejść suchą stopą. Resztę tygodnia oddaję ulicy bez wyrzutów.